Praktyka

Jak uczyć dziecko angielskiego — dwujęzyczność zamierzona

Zawsze powtarzam, że nasza rodzina to przykład wychowania w dwujęzyczności natywnej (bo jesteśmy Polakami mieszkającymi w Niemczech), ale wielojęzyczności zamierzonej (bo świadomie wprowadzam do życia córeczki trzeci język — angielski). Nieraz pytano mnie, skąd wziął się ten pomysł, jak taki układ wygląda w praktyce i czy nie boję się o język polski. Już odpowiadam!


System edukacji nie zdaje egzaminu

Zanim wyemigrowałam do Niemiec, prowadziłam w Trójmieście własną szkołę językową, w której byłam też lektorką angielskiego. Moimi klientami byli specjaliści z rozmaitych branż, np. medycznej, prawniczej, kosmetologicznej czy logistycznej. Łatwo się domyślić, że byli to ludzie dość dobrze sytuowani, wykształceni, często prowadzący własne firmy. Co ich łączyło? Oczywiście niewystarczająca znajomość angielskiego, nawet jeśli za czasów szkolnych byli prymusami.

Drugą dużą grupą były dzieci. I tutaj możemy przyklasnąć rodzicom tych maluchów, bo w samą porę zorientowali się, że szkoła nie nauczy ich dzieci angielskiego. Ani żadnego innego języka. Oczywiście są wyjątki. Zaliczyć do nich można placówki i klasy dwujęzyczne, w których ekspozycja na drugi język jest tak duża, że dzieci (chcąc, nie chcąc) i tak zaczną go przyswajać w dość naturalny sposób. Minus jest tylko taki, że nie każdemu jest dane do takiej szkoły czy klasy chodzić.

Wykorzystanie własnych zasobów

Dlatego decyzję o dwujęzycznym wychowaniu swojego dziecka podjęłam jeszcze na długo przed jego narodzinami. Wtedy mowa była o dwujęzyczności zamierzonej, czyli nienatywnej — kiedy język ojczysty rodziców jest taki sam, jak język otoczenia, a oni (oboje lub tylko jedno z nich) mówią do dziecka w swoim drugim języku.

Czemu miałabym nie wykorzystać swoich zasobów? Zwykłe interakcje, w które wchodzimy z dzieckiem, wystarczy prowadzić po angielsku zamiast po polsku. Tylko i aż tyle. Jeżeli czujesz się z tym komfortowo, mów do malucha po angielsku w codziennych sytuacjach: przygotowując posiłek, w czasie kąpieli, spaceru czy zabawy. To najbardziej naturalna forma przyswajania języka. W końcu tak też dzieci uczą się tego ojczystego!

Plany a rzeczywistość

Studiowałam filologię angielską, byłam nauczycielką angielskiego, tłumaczę na angielski dokumenty, książki i poematy, używam tego języka CODZIENNIE od wielu lat. Nawet już po przeprowadzce do Niemiec zaczęłam pracę w firmie, w której głównym językiem komunikacji jest angielski. W pewnym momencie mówiłam więcej po angielsku w ciągu dnia niż po polsku. Wydawałoby się więc, że mówienie do własnego dziecka to będzie bułka z masłem, prawda?

Tak myślałam do momentu, kiedy moja córeczka pojawiła się na świecie. Planowałam mówić do niej po angielsku od urodzenia, ale tylko wtedy, kiedy będziemy same. Czyli przez jakieś pół dnia, kiedy tata jest w pracy. I wiecie, co wyszło z tych moich planów? Niewiele.

Owszem, dzidzia słyszała angielski jeszcze zanim przyszła na świat — bo pracowałam, a w domu mówiłam czasem do brzuszka po angielsku. Ale kiedy pojawiła się na świecie, ten angielski przychodził mi z trudem. Dużo łatwiej i naturalniej było mi mówić po polsku.

Trudne początki

Zaczęłam więc od małych kroczków: kilku zdań przy zmianie pieluszki, piosenek, książeczek. Pomagały mi też spotkania z anglojęzycznymi mamami, bo mogłam posłuchać, jak one zwracają się do swoich maluszków. Więc widzisz, mimo że niby bardzo dobrze znam angielski, potrzebowałam trochę czasu, żeby się rozgadać przy dziecku. Ty też nie musisz wprowadzać drugiego języka od narodzin swojej pociechy. Każdy moment jest dobry, ale będzie wymagał nieco innego podejścia.

Poza tym na żadnych studiach filologicznych czy lingwistycznych nie uczą języka „okołodzieciowego”. Ba, świeżo upieczeni rodzice muszą się najpierw nauczyć różnych nowych pojęć po polsku! Moją główną pomocą był wtedy słownik diki, który dodatkowo jest dostępny w formie aplikacji na telefon (jest też wersja niemiecka, choć dużo mniej rozbudowana). Ty masz to szczęście, że istnieją już gotowe pomoce językowe dla rodziców. Tutaj, obok swoich dwujęzycznych zestawów edukacyjnych, polecam materiały od English Speaking Mum.

I co dalej?

Pandemia niestety trochę ten mój proces przyzwyczajania się do angielskiego utrudniła. Skończyły się spotkania z innymi mamami w cztery oczy, a szybko zorientowałyśmy się, że wideorozmowy przy niemowlakach to średni pomysł.

Wtedy postanowiłam wziąć sprawy w swoje ręce i przedstawiłam wszystkim domownikom Suzy. To miś szumiś, który miał pomagać mojej córeczce w zasypianiu, ale nigdy mu się to specjalnie nie udało. Dostał drugą szansę i tym razem miał nas (głównie mnie) zmotywować do używania angielskiego. Umowa była taka, że w obecności misia Suzy mówimy tylko po angielsku.


Ta metoda też miała swoje minusy. Przede wszystkim nie zawsze chciało mi się przełączać na angielski, szczególnie kiedy byłam już zmęczona. Przyłapałam się kilka razy na dyskretnym odsunięciu Suzy od zabawy, żeby zostać przy polskim, ale nadal trzymać się swoich „zasad”. Kto nigdy nie oszukiwał sam siebie, niech pierwszy rzuci kamieniem! Tą samą metodą chciałam z resztą w kontrolowany sposób wprowadzić do domu niemiecki — mój mąż miał mówić do córki tylko po niemiecku przy innej maskotce. To z kolei nie działało tak, jak powinno, bo tatuś się zwyczajnie zapominał. Prawda jest taka, że każda najlepsza metoda może wziąć w łeb, nawet jeśli rodzice będą konsekwentni, bo dziecko będzie miało inny plan. Przywołam tu historię dziewczynki, która i tak mówiła do zabawki w wybranym przez siebie języku, bo… sama ją tego języka nauczyła.

Tak czy inaczej, w pewnym momencie stwierdziłam, że jednak tego angielskiego jest u nas za mało. I tak powstał nasz obecny układ: mówię do córki po angielsku, kiedy jesteśmy same poza domem. To samo tyczy się niemieckiego — mój mąż używa go, kiedy jest z córką sam poza domem. W domu i zawsze, kiedy wychodzimy gdzieś razem, mówimy wyłącznie po polsku.

Dwujęzyczność zamierzona na emigracji

Czy język polski, który przecież chcę pielęgnować na emigracji, nie ucierpi przez ten dodatkowy angielski? Na chwilę obecną nie. Lwią część dnia spędzamy w domu albo wspólnie poza nim, więc nawet trzy godziny angielskiego dziennie są niczym w porównaniu z ekspozycją na polski. Moja niespełna dwuletnia córeczka dużo rozumie po angielsku, ale odpowiada głównie po polsku, co jest jak najbardziej w porządku.

Czy kiedy moje dziecko pójdzie do niemieckojęzycznego przedszkola, zmienimy swoją strategię? Niewykluczone. Wtedy to niemiecki zacznie powoli wysuwać się na pierwszy plan, więc pewnie będziemy szukać sposobów na zwiększenie dawki polskiego w ciągu dnia. Angielski jest fajnym dodatkiem i naszym językiem komunikacji z większością znajomych, ale jednak priorytet zawsze będzie miał polski.

Wskazówki na start

Nie musisz przyjmować tej samej strategii, co my. Nie musisz też mówić do dziecka tylko po angielsku (ale pamiętaj, żeby nie mieszać języków w obrębie zdania). Możecie mówić po angielsku w wybranym czasie, np. tylko do południa, albo w wybranym miejscu, np. tylko w pokoju dziecka albo specjalnie do tego przeznaczonym kąciku. Przy tej metodzie warto jednak co jakiś czas zmieniać konteksty, żebyśmy nie wałkowali ciągle tych samych zwrotów, a żeby zasób słownictwa dziecka mógł się sukcesywnie powiększać. Już wybierając konkretne dni na mówienie po angielsku mamy większe pole do popisu co do tematów.

Jeśli żadna z wymienionych strategii Ci nie odpowiada, nie ma problemu! Stwórz sobie własną. Nie zmuszaj się do czegoś, co Ci nie leży. Spróbuj czegoś innego, jeśli nie widzisz efektów. Dopasuj metody do swojego dziecka. Wiesz, że typy osobowości i style przyswajania wiedzy mają ogromne znaczenie w nauce języków? Sprawdź mój e-book Dwujęzyczne wychowanie w zabawie po więcej informacji na ten temat. Na początek zachęcam też do przeczytania mojego darmowego poradnika z pięcioma krokami do wielojęzyczności dziecka — znajdziesz go tutaj. A jeszcze więcej darmowej wiedzy o dwujęzyczności zamierzonej jest na blogu English Speaking Mum.

A jak jest u Was z dodatkowym językiem? Z jakich materiałów korzystacie?

Leave a Reply